Pozostaną w pamięci

Leon Kropidłowski (1934-2008)

Nikt nie musi się urodzić, ale jeśli już pojawiliśmy się na tym świecie – umrzeć musi każdy. Bez wyjątku i bez odwołania. Bo przecież moment urodzin to zapowiedź śmierci, to nieuchronność, o której nie myślimy lub myślimy niechętnie, zmieniamy ją w abstrakcję, odsuwamy od siebie na wszel­kie sposoby. I to bardzo dobrze. Wszak życie z nieustannym rozpamiętywaniem jego końca byłoby koszmarem nie do zniesienia i prowadziło jedynie do szaleństwa. A życie, skoro już je otrzymaliśmy (choć przecież nikt nas nie pytał o zgodę na zaistnienie), trzeba po prostu dobrze zagospodarować, zrobić z niego właściwy użytek, wypełnić wartościową treścią, zamienić w dobro dla siebie i innych. Trzeba to zrobić, nie wiedząc, ile dano nam czasu, jaką drogę obrać, w jakich warunkach przyjdzie działać, kto w wielkim dziele wypełniania życia pomoże, a kto bezmyślnie lub złośliwie będzie przeszkadzał. Tobie, Leosiu, dano wiele czasu. Chociaż najbliżsi zawsze uznają, że było go za mało, że ciągle chciałoby się więcej -jeszcze rok, jeszcze kilka lat, ale Tobie tego czasu wystarczyło. Zagospodarowałeś go bezbłędnie, nie trwoniłeś dni, tygodni, miesięcy, lat. Ileż to razy każda nasza rozmowa niezmiennie; zmierzała w jednym kierunku: jak poradzi sobie Asia, czy obowiązki nie przygniotą Arka, jak pomóc Wojtkowi, Piotrkowi, Pawłowi, Leonkowi. Ileż radości przyniósł Ci dyplom syna i magisterski tytuł córki Aśki. Wraz z Felcią, żoną, o której zawsze mówiłeś „niezastąpiona”, stworzyliście rodzinę nieczęsto już dziś spotykaną. Szóstkę dzieci prowadziłeś twardą ręką, obdarzając jednocześnie wielkim sercem. Uczyłeś szacunku do pracy, wpajałeś zasady uczciwości, zadbałeś o dobre przygotowanie do życia, nade wszystko jednak kładłeś nacisk na atmosferę miłości, która w rodzinie Kropidłowskich stała się fundamentem. To wszystko przyniosło oczekiwane efekty. Umiałeś się nimi cieszyć radością człowieka, który swoje życie zagospodarował mądrze i skutecznie. Chyba myślałeś o tym zabrany z bezdusznej szpitalnej sali, dobiegający kresu we własnym domu, otoczony tymi, dla których żyłeś i których tak bardzo kochałeś, zapewniany o wdzięczności żony i dzieci za wszystko, co dla nich zrobiłeś. To była, Leosiu, Twoja wielka nagroda: skoro już fakt śmierci jest nieodwracalny, właśnie tak chciałoby się umierać. A poza rodziną, Twoją drugą wielką miłością była ziemia. Związany z nią byłeś przez całe długie życie. Na dobre i złe, w latach tłustych i chudych, pod pogodnym niebem i w czasie przewalających się nad nią burz. Dbałeś o nią, jak dobry syn o własną matkę, a ona jak troskliwa mat­ka karmiła ciebie i twoją rodzinę. Dobrze rozumiałeś tę kamienistą kaszubską ziemię i ona rozumiała ciebie. Dziś ta ziemia przygarnęła Cię na zawsze, dała ostatnie ziemskie schronienie. Ziemia potrafi okazać wdzięczność. Z pewnością nie przygniecie Cię swoim ciężarem, ale i sama nie będzie sierotą. Pozostawiłeś przecież dobrze przygotowanych, wspaniałych następców, którzy zadbają o nią nie gorzej od Ciebie.

Przyjaciele

 

Trudno jest nawet córce, po przeczytaniu powyższego wspomnienia dodać coś jeszcze. Pan Andrzej Malinowski powiedział w nim bardzo dużo o moim ukochanym Tatce. Jednak jest myśl którą można rozwinąć. „Drugą wielką miłością” mojego Taty rzeczywiście „była ziemia” i przyroda. Swoje zamiłowanie do przyrody przerodził w pasję do łowiectwa, które miało dla niego olbrzymie znaczenie. W rodzinie Kropidłowskich nie było tradycji myśliwskich, to on je zapoczątkował. Uczył nas wrażliwości, szacunku i troski dla zwierząt i lasu. Bez względu na porę roku, troszczył się o zwierzynę. Szczególnie w trudnym okresie zimowym zaprzęgał konie, mimo zmechanizowanego gospodarstwa zawsze trzymał co najmniej jednego, bo wtedy dopiero można było zobaczyć i usłyszeć dużo więcej. Pakował siano, lizawki, brukiew i razem jechaliśmy do lasu. Latem bryczką urządzał nam przejażdżki na pola przez siebie uprawiane, na których pasła się dzika zwierzyna. Chętnie towarzyszyliśmy Tacie. Wieczorami, kiedy po całym dniu pracy wszyscy układaliśmy się do snu, Ojciec jeszcze znajdował siły i szedł na ambonę, to dopiero było dopełnieniem dobrze przeżytego dnia. Często dnia następnego podczas rodzinnego śniadania opowiadał o tym co słyszał i widział. Bywało też tak, że po dotarciu na ambonę dobrze otulony ze zmęczenia zasypiał. Sama byłam raz tego świadkiem, kiedy to poszłam wieczorem z Tatą na ambonę, uzbrojona w lornetkę dostałam zadanie bacznie obserwować wszystko dokoła. Skupiona na zadaniu nagle usłyszałam ciche pochrapywanie. Potwierdzają ten fakt też inni Taty towarzysze wieczornych wypraw. Bardzo lubił towarzystwo, miał kilku kolegów myśliwych, których szczególnie szanował i lubił. Niejedno polowanie zbiorowe, czy też rozpoczęcie sezonu na kaczki kończyło się spotkaniem w naszym domu. Mam nadzieję, że właśnie tak wspominają mojego Tatę jego Koledzy myśliwi, jako gościnnego, koleżeńskiego druha, na którego bezinteresowną pomoc mogli liczyć.

Córka Joanna

 

© www.nemrodkolo.pl / Wykonanie MCS Group